Alpejski Nowy Rok

Stocznia. Przemijanie.
Listopad 29, 2015
Burzowe niebo
Listopad 30, 2015

Odgłos pryskającego żwiru przerwał ciszę nad Isarą. Nasz ford cierpliwie znosił wąską, krętą i zasypaną śniegiem drogę, a jego dieselowski silnik z niechęcią pracował przy -20 st.C. Tak rozpoczął się dla nas pierwszy dzień 2015 roku . Już o 6.00 mknęliśmy autostradą w kierunku Alp.

Wróciliśmy po tygodniu do Wallgau, od którego dzieli nas niespełna 100km. Po wielkich opadach śniegu wybraliśmy mniej stromą, ale bardziej malowniczą drogę nad Isarą. Lekko przeraził nas widok wąskiego mostu i droga przytulona do skał. Ostrzeżenia o lawinach staraliśmy się nie zauważyć. 12 km jazdy przez bajkową krainę. Po lewej ręce rzeka, po prawej górskie zbocze porośnięte przepięknym lasem. To zupełnie inny świat. Między drzewami coraz śmielej pokazywał się górący nad Mittenwaldem Karwendel. Szeroką doliną zbliżaliśmy się do gór.

Słońce wstawało leniwie. Mróz trzaskał dookoła, ale błękitne niebo zwiastowało piękny dzień. Natalia czekała w samochodzie, a ja poddałem się bez oporu noworocznej „szamotce” z aparatem. W woli wyjaśnienia, „szamotka” oznacza stan pełnego odjazdu spowodowanego pięknym okolicznościami przyrody. Słowo to wywodzi się najprawdopodobniej z okolic Wałbrzycha i Kowar gdzie znajomi fotografowie „szamotają” się niemal co weekend w okolicznych górach. W każdym razie „szamotka” była niezła, bo ze wszystkich stron otaczały mnie góry i ciężko było zdecydować się na jakiś konkretny temat. Biegałem jak szalony z miejsca na miejsce, a w głębi duszy śmiałem się na całego z radości, bo prognozy zapowiadały raczej kiepską pogodę.

Kolejnym punktem było Walchensee. Zdążyliśmy idealnie na moment, kiedy pierwsze promienie słońca oświetliły miejscowość na cyplu. Udaliśmy się tam głównie dlatego, że w Wigilię skusił nas widok kolejki na Herzogstand. Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy w nowym roku udali się na górę. Było tuż przed godziną 10.00 kiedy zachwycaliśmy się nieziemsko pięknymi widokami. W dole jezioro i ciągnące się po horyzont na cztery strony świata góry – od łagodnych pagórków po austriackie trzytysięczniki. Natalia siedziała w przytulnym schronisku popijąc przy kominku pyszną herbatę, a ja dalej „szamotałem” się po okolicy. Im bliżej południa, tym robiło się tłoczniej. Nie chcąc stracić uroku tego dnia poszliśmy w kierunku przeciwnym i wróciliśmy do domu.

Wracając przystanęliśmy na chwilę w okolicach Kochel am See. Zauważyłem piękną drogę spowitą mgłą. Nagle niewiadomo skąd pojawił się koło mnie jakiś człowiek – ubrany w bawarski strój, w okularach ala Lenon zapytał mnie o drogę. Stwierdziliśmy później, że spotkałem Goethego, bo taki dzień to czysta poezja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *