Ballada o długim czekaniu

Wyspa na Prerii. Wojciech Cejrowski
Wrzesień 15, 2014
Historia niezwykła Jana Adamusa
Listopad 30, 2014

Morskie fale z impetem i wściekłością uderzały o brzeg. Wielkie krople deszczu sypały się z nieba jak szalone. Dookoła nie było nikogo. Odszedłem kilka kilometrów od Międzyzdrojów. Szukałem nowych kadrów. Czekałem tracąc nadzieję na zrobienie jakiegokolwiek zdjęcia. Sprzęt ukryłem przed deszczem pod wielkim głazem, a sam stałem w tej ulewie czekając na cud.

Cuda się zdarzają. Przemokły mi co prawda wszystkie nieprzemakalne ubrania, było zimno, wiatr smagał mnie bezlitośnie po twarzy ze wszystkich stron. Za plecami szaleństwo, a przed oczami wspaniałe obrazy. Sprawdziła się stara zasada, żeby czekać nawet wtedy kiedy zakrawa to już o szaleństwo.

Trzy razy podczas mojego pleneru nad Bałtykiem przeżyłem takie cuda o zachodzie słońca. Cały dzień pogoda była mocno niepewna i raczej nie wyglądało, że wykroją się z tego ciekawe warunki. Idąc plażą ze statywem wyglądałem jak szaleniec. Mijali mnie ludzie w naciągniętych na siłę kapturach na głowie, którzy uciekli przed niepogodą. Ja szedłem w kierunku zupełnie przeciwnym.

Kolejne dni były już zwyczajne – błękitne niebo, upał i lekki wiatr od morza. Spoglądałem na zadowolonych plażowiczów i wczasowiczów, którzy delektowali się majowym słońcem. Ja tęskniłem na burzami, deszczem i wiatrem. Musiałem jakoś wypełniać długie przedpołudnia i ciągnące się w nieskończoność wieczory.

Żyję w takim dziwnym świecie paradoksów. Mój nadmorski plener to właśnie ballada o długim czekaniu. Z 24 godzin mam tylko kilkanaście minut najlepszego światła. Reszta to nic innego jak długie czekanie i zabijanie czasu. Z plenerów wracałem bardzo późno, zazwyczaj koło północy, ale rano i tak budziłem się wcześnie i słuchałem jak mucha lata po hotelowym pokoju i szuka ucieczki.

Patrząc na te fotografie odnajduję w sobie takie chwile kiedy już złożyłem sprzęt i zatrzymywałem się, żeby popatrzeć na bezkresne morze. Rodziła się we mnie fascynacja nad nieskończonością tej wody. W tej cienkiej linii horyzontu dostrzegałem pewien kres, który stawał się jednocześnie początkiem. Fale zalewały moje stopy, a ja wpatrzony w dal delektowałem się tym szumem przyprawiającym o zawrót głowy. Jak pięknie morze szumiało. Jak delikatnie woda odbijała w sobie chmury kolorując świat pastelowymi barwami. Stałem tak dobry kwadrans i gapiłem się w wodę. Z zewnątrz banał, ale w środku zaczynałem falować razem z morską tonią i marzyć. W szumie fal słyszałem prastare pieśni nucone przez żeglarzy i piratów. Niekiedy docierało do mnie tęskne wołanie kochanków rozdzielonych przez morze, żyjących na różnych brzegach. W tej wodzie wyczuwałem sporo tajemnic. Mimo, że nie milczy, bo szumi i pluska, to nie zdradza co w sobie nosi. Ciągle ucieka i nigdy się nie zatrzymuje. Tak cudownie faluje.

Robiło się ciemno. Powrót plażą to czysta przyjemność. Ciężko się zgubić. Szedłem zazwyczaj w zupełnych ciemnościach widząc w oddali światła Międzyzdrojów. Przystawałem co jakiś czas i odpływałem w tej bliskości morza. Fascynował mnie fakt, że morze odbierało mi wszystkie inne odgłosy. Słyszałem tylko szum i uderzenie fali. Wracałem do samochodu i na próżno szukałem tej cudownej ciszy, która towarzyszyła mi przez długie godziny. Powrót do miasta, do twardych ulic i odgłosów cywilizacji wzbudzała żal i tęsknotę. Zanim ruszyłem w całonocną podróż do domu długo stałem na molo i patrzyłem w dal, a tam za dalą dal i ciągle dal…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *