Jesień w Bieszczadach

Wrzesień w Sudetach
Wrzesień 15, 2017
Monachium – Olympiaturm
Październik 4, 2017

Nie bez powodu bieszczadzka jesień obrosła legendą. Chyba każdy marzy o tym, żeby w jesiennej ciszy, w kolorach złota i czerwieni pospacerować pustymi szlakami. Jesienią na połoninach króluje wiatr. Trawa faluje niczym morze muskane skrzydłami anioła. Gdzie tylko spojrzeć tam ciągnące się po horyzont łagodne linie wzgórz tak spokojnych.

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

Kiedy mieszkałem w Polsce praktycznie każdej jesieni byłem w Bieszczadach. Trudno trafić na idealny moment nie mieszkając w pobliżu. Jeździłem na „chybił-trafił” i najbardziej w mojej pamięci pozostał plener z 2011 roku. Październik był już daleko posunięty w stronę listopada. Na Roztoczu z którego jechałem w Bieszczady dopadła mnie pierwsza śnieżyca. Myślałem, że jadę już po nic. Obejrzeć puste gałęzie i usłaną liśćmi ziemię. Okazało się jednak, że trafiłem na dwa ostatnie dni „złotej, polskiej jesieni”. Trudno w takich momentach się zdecydować – gdzie, co, jak? Wschód słońca jeden, zachód jeden, a możliwości tysiące. Zjeździłem przez te dwa dni kawał bieszczadzkiej dziczy, ale najgłębiej w mojej pamięci odcisnął się wschód słońca na Połoninie Caryńskiej.

Spałem w Hotelu Górskim w Ustrzykach Górnych. Wydostanie się stamtąd grubo przed świtem wiązało się z budzeniem obsługi co mnie bardzo śmieszyło. Na zewnątrz podmuch mroźnego wiatru przegonił resztki snu, które miałem w sobie. Odpaliłem samochód, który dał znać, że jest naprawdę zimno – potwierdził to termometr, było -7 st. C. Wtedy już wiedziałem, że to ostatni dzień kiedy liście jeszcze są na drzewach. Ruszyłem szybko na Przełęcz Wyżniańską. Droga momentami była pokryta cienką warstwą lodu, ale szczęśliwie i szybko dojechałem do celu. Wiatr huczał między drzewami jak szalony, jakby chciał powyrywać je z korzeniami. Zabrałem sprzęt i ruszyłem po górę. Nikłe światło czołówki rozświetlało szlak. Miałem pewne obawy na linii lasu, bo spadające gałęzie, czy walące się drzewa były okryte mrokiem nocy. Ruszyłem jak szalony do góry. Pobiłem wtedy życiowy rekord wejścia na Połoninę, bo znalazłem się na rozwidleniu szlaków po niecałych 40 minutach. Niestety byłem cały mokry. Musiałem się szybko przebrać i schować. Tylko gdzie się ukryć na połoninie? Za falującą trawą? Na samym szczycie znalazłem ławki, kilka kamieni. Plecakiem osłoniłem się od wiatru i pozostało mi czekać świtu. Było już całkiem jasno, ale słońce jeszcze spało za horyzontem. Nie słyszałem własnych myśli i starałem się ze wszystkich się rozgrzać, bo moje windstoppery i goretexy nie zdały egzaminu. Zacząłem więc po prostu biegać z góry na dół. Miałem jeszcze ponad 30 minut do wschodu, a nie chciałem stać się soplem lodu.

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

Wraz z pierwszymi promieniami słońca zapomniałem o zimnie, wietrze i skostniałych palcach. Słońce niczym oddech Anioła przemknęło po czerwonej buczynie. Musnęło wierzchołki nieznanych mi szczytów zapalając je po kolei. Aparat ze statywem miałem przy samej ziemi, bo inaczej nie ustałyby na wietrze. To były takie minuty, które tatuują się we mnie. Niewidzialne, na zawsze w głębi mojej duszy. Słońce przyniosło trochę ciepła, a ja stałem wpatrzony w ten spektakl. Nie mogłem wyjść z podziwu nad paletą barw jakimi był pokolorowany ten świat. Trudno w takich chwilach skupić się na zdjęciach. Trudno coś wybrać, zdecydować. Chciałoby się w magiczną butelkę złapać ten świat i zatrzymać go w całości takim jaki jest. Chciałbym móc nagrać w sobie te chwile i z taką samą intensywnością wracać do nich w szarej codzienności.

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

Wracałem już powoli. Szlak był pusty. Wtorek powoli zbliżał się do południa. Pojechałem na Wołosate zjeść pierogi w mojej ulubionej knajpie i powoli zbierałem się w drogę powrotną. Jadąc widziałem jaką wiatr miał zabawę w strącaniu liści z drzew. Cała droga była pokryta niejako dywanem z liści, a jesienne słońce z całym impetem po wielu miesiącach docierało do dna lasu. W powietrzu unosił się taki zapach jesiennej wilgoci, świeżości wiatru i oddychającej, zaoranej miejscami ziemi.

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

Jechałem najwolniej jak się da. Przepuszczałem każdego, kto chciał mnie wyprzedzić. Chciałem jak najdłużej napatrzeć się, nasycić i nachapać tymi widokami. W Wetlinie wypiłem colę przed sklepem i patrzyłem w stronę Połoniny. Aż do Komańczy jechałem żółwim tempem. Nacieszałem się ile mogłem. Nawet po latach te wspomnienia nie blakną, nie kończą się i nie tracą na intensywności. Są ze mną tutaj, daleko od Polski, gdzie jesień nigdy nie smakuje tak samo jak tylko w Bieszczadach…

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

jesienne bieszczady

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!


1 Comment

  1. Gabi pisze:

    Genialne zdjecia! Zobaczyc takie Bieszczady to jedno z moich najwiekszych marzen… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *