Jesień w Tatrach

Fotograf na urlopie
Październik 22, 2017
Urlop na Majorce
Październik 27, 2017

To, że jestem szalony jest oczywiste. Najbardziej jednak zaskakujące dla mnie jest to, że sam siebie potrafię jeszcze w tym szaleństwie zaskoczyć. Siedziałem w biurze i nagle spojrzałem przed siebie… Niby zwykła ściana, ale szybko zmrużyłem oczy i już zobaczyłem Ornak w kolorach jesieni… już czułem wiatr… już siedziałem na Siwych Turniach… Odpadał dłuższy wyjazd niż jeden dzień… Szaleństwo, przyjmując, że słońce wstaje około 7.00 i znika około 17.30… Zapadła decyzja we mnie – JADĘ…

Posłuchajcie…

Na dworze mgła, zimno, ciemno i nic nie zachęca, żeby jechać gdziekolwiek. Pakuję rzeczy do samochodu i ruszam w stronę gór – jest północ. Drogi puste, zamglone i mokre. Słucham poezji Jana Rybowicza i jadę z uśmiechem przed siebie. Nawet nie chce mi się spać. Nawet nie jestem zmęczony, mimo, że spałem jedynie godzinę przed wyjazdem…
Udaje mi się dojechać do Zakopanego w trzy godziny. Żaden wyczyn w środku nocy, bo drogi puste i jedzie się z przyjemnością trasą, która zazwyczaj jest męczarnią. Zatrzymuje się na stacji, żeby się jeszcze dopakować i przebrać. Zaczyna łapać mnie spanie… Na dworze -5 st. C…
Zajeżdżam do Lidki na podwórko tuż przed 4.00. Zostawiam po cichu samochód i ruszam w drogę. ZIIIIIMMMMMNNNNNOOOOO…. Przeraźliwie zimno. Zimno od ziemi, zimno od wody, zimno od doliny, zimno od drzew, zimno od lisów… No zimno od wszystkiego. Rozgrzewam się dopiero na Polanie Pisanej – w połowie drogi do schroniska. Dolina jest cicha i całkiem jeszcze nocna. Idzie się dobrze, ale to chyba dlatego, że znam tą drogę już na pamięć…

Przed schroniskiem postanawiam, że wejdę tam przespać się chociaż na 20 minut. Wchodzę do przedsionka i rozkładam się na ławce z plecakiem pod głową… Zasypiam prawie, że z czołówką na głowie… Krążą mi po głowie myśli, że to już jest skrajne szaleństwo, ale jestem nieziemsko szczęśliwy, próbując spać i nie spaść z wąskiej ławeczki w przedsionku schroniska… Po 20 minutach przed budzikiem obudził mnie chłód. Przenikliwy, więc szybko ruszyłem w dalszą drogę.
Podejście pod Iwaniacką jest obiektywnie rzecz biorąc wredne. Jest to przepiękne miejsce, ale podejście WREDNE. Ślizgam się na oszronionych kamieniach i próbuję bezpiecznie wejść do góry. Udaje mi się to w niecałą godzinę. Krótki odpoczynek, ale żeby nie zmarznąć ruszam dalej – na Ornak. Jak podejście na Iwaniacką Przełęcz jest wredne, to podejście na Ornak z niej jest WYBITNIE WREDNE. Krótkie, bo niecałą godzinę w górę, ale strasznie strome. Do tego dochodziły śliskie kamienie i było ciężko, a do wschodu coraz mniej czasu… Praktycznie pierwsze promienie zobaczyłem już po osiągnięciu szczytu. Znałem miejsce z którego chciałem fotografować, więc przyspieszyłem… Dobiłem do miejsca z którego rozciąga się wspaniała panorama i usiadłem na chwilę…

Szybko się przebrałem. Rzeczy, które z siebie zdjąłem były mokre, więc rzuciłem je na kosodrzewinę i… po kilkunastu minutach zamarzły… brrrr… Plener za to okazał się wspaniały…

Około 10.00 po zjedzeniu śniadania, wypiciu herbaty z dziadowskiego termosu, który nie trzyma ciepła, ruszyłem dalej w kierunku Siwej Przełęczy. Szedłem nie szybko. Szedłem podziwiając i fotografując. Kilka miejsc jesienią okazało się godnych uwagi pod kątem fotograficznym, więc poświęciłem im trochę czasu i tuż przed Siwymi Turniami, zobaczyłem spory kawałek wysuszonej trawy… Była godzina 12.00… Było bardzo ciepło… Tym sposobem i w tych okolicznościach postanowiłem się godzinę przespać… Światło akurat zrobiło się nieciekawe, bo bezchmurne niebo z pełnym słońcem w południe, chyba nigdy marzeniem fotografa nie jest…

Zasnąłem…

Śniło mi się, że się obudziłem. Śniło mi się coś niesłychanego. Śniło mi się coś oddalonego od miejsca w którym byłem. Śnił mi się, ktoś kto nie powinien mi się chyba śnić. Było to cudowne zaśnięcie moje w tym słońcu. Przebudziłem się lekko i zobaczyłem przed sobą TATRY. Przez Tomanową patrzyłem na Świnicę… Patrzyłem w błękitne niebo. Patrzyłem w dal. Patrzyłem i widziałem Dolomity, Białowieżę, Rugię, Gliwice, Częstochowę, Augustów, Budapeszt i Wiedeń… Odpłynąłem w rozmarzeniu moim. Zatonąłem w myślach moich i w marzeniach moich całkowicie. Pływałem w nich lekko. Wzbijałem się w górę i spadałem w dół. Uśmiechałem się. Czasem chciało mi się płakać. Czasem zamyślałem się. Biegałem w świecie marzeń moich. Doganiałem moje marzenia…

Obudził mnie lekki podmuch wiatru… czułem w nim swoje marzenia…

Ruszyłem dalej i szybko przez Siwe Turnie dostałem się na Siwą Przełęcz. Poszedłem dalej w kierunku Starorobociańskiego Wierchu, ale plener swój ustaliłem na przełęczy. Miałem widok na Bystrą i Starorobociański. Nie spieszyłem się. Było tak przepięknie i tak wspaniale, że nie było się gdzie spieszyć, a do miejsca na zachód słońca miałem jedynie godzinę szybkiego marszu…

Pamiętam, że zjadłem na tej przełęczy wielkie jabłko. Myślałem, że rzucę ogryzkiem bardzo daleko, a rzuciłem bardzo blisko i rozśmieszyło mnie to strasznie…

Zacząłem schodzić bardzo szybko. Nigdzie się nie spieszyłem, a zacząłem iść coraz szybciej i szybciej. Tym sposobem złapałem jeszcze możliwość fotografowania na Siwych Turniach co okazało się miejscem bardzo dogodnym. Na ustalone wcześniej miejsce zachodowe dotarłem przed czasem. Przyłączyła się po chwili do mnie sympatyczna grupka turystów… Trochę pogadaliśmy i na rozgrzanie strzeliłem sobie od nich wiśniówki, co okazało się zbawienne, bo ten 36% trunek rozgrzał mnie od środka niesłychanie, a z każdą chwilą robiło się coraz zimniej.

Słońce zachodziło majestatycznie. Wspaniale. Tak jak powinno zachodzić. Nie musiałem dużo chodzić. Wybrane miejsce okazało się idealnie oświetlone. Cieszyłem się. Nie tylko ze zdjęć, ale z mojej obecności na tej grani. Z mojego szaleństwa. Z mojego zmęczenia. Z mojego niewyspania. Z mojego braku wody. Z mojego bycia właśnie tu i teraz. Mocno wciskałem stopy w ziemię, żeby czuć, że JESTEM…

Słońce zniknęło i zaczęło robić się zimno. Przebrałem się i ruszyłem w dół. Do schroniska miałem około 2 godzin w dół. Przełęcz udało mi się osiągnąć bez latarki, ale w lesie zrobiło się już całkowicie ciemno. Schodziło się ŹLE. Wyszło ze mnie zmęczenie. Wyszło niewyspanie. Zejście wymagało skupienia, bo kamienie były już śliskie, a jak w górę było stromo, tak i w dół nie mniej… Droga wydłużała mi się niesamowicie. Szedłem i szedłem, a schronisko się chyba oddalało… Gdy tylko doszedłem do mostku, to już wiedziałem – już byłem blisko.

Schronisko puste. Kilka osób w jadalni, leniwie sączyło piwo. Moje przybycie wywołało pewne poruszenie, ale nie za wielkie. Woda skończyła mi się około 14.00. W schronisku byłem o 19.30… Zakupiłem puszkę Coca-Coli – za 4 zł… Cukier, woda… Szybko odżyłem. Przebrałem się już w ostatnie suche rzeczy i ruszyłem do Kir. Nie zdołałem się rozgrzać po drodze. Gdy wsiadłem do samochodu, żeby pojechać coś zjeść do Zakopanego, to mną normalnie telepało z zimna. Dojechałem do Krupówek, była godzina 21.00. Dziwne, bo niewiadomo skąd znalazł się parkingowy… ZAKOPANE…

Nie pozostało mi nic poza KFC, bo Pizza Hut już zamknięta, a szukanie knajpy i czekanie godzinę na jedzenie nie wchodziło w grę…

Pamiętam jeszcze taki moment jak kładłem się do łóżka… Czułem, że żyję. Zasypiałem szczęśliwy, bo jak po takim dniu człowiek nie mógłby być szczęśliwy…

Kocham Tatry.

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *