Kochel am See

Barmsee – podwójna magia gór
Listopad 29, 2016
Giewont
Listopad 29, 2016

Kochel am See

Przychodzą takie dni, że muszę się wyrwać. Uciec z miasta, uciec od ciągłej gonitwy i miejsc, które mi powszednieją swoją codziennością. Najczęściej wtedy uciekam w Alpy. Trudno znaleźć czas na długie, górskie wędrówki, ale już normalne popołudnie łatwo wygospodarować.

Tym razem moje kroki skierowałem do miejscowości Kochel am See. Skorzystałem kolejny już raz z DB i biletu Regio-Ticket Werdenfels. Podróż była mocno utrudniona, ponieważ między Tutzing, a Kochel kursowała autobusowa linia zastępcza. Wichury z początku kwietnia powaliły wiele drzew i czyszczenie trasy widocznie się wydłużało. Dla mnie to i lepiej, bo ciekawiej. Autobus jechał przez malutkie bawarskie wioski. Z nosem przy szybie przez prawie dwie godziny podziwiałem piękno tej krainy i w notesie dokładnie zapisywałem gdzie się wybrać na plener.

Droga nie prowadzi wzdłuż linii kolejowej, więc autobus co chwila zbaczał z kursu podjeżdżając pod dworzec. Trochę mnie ta sytuacja bawiła, bo w wielkim autobusie jechałem ja, kierowca i jedna kobieta. Co ciekawe nie był to sporadyczny przejazd, bo ta linia kursowała tak samo jak pociąg, czyli mniej więcej co godzinę, aż do północy! Mam wrażenie, że w Polsce zastałbym kartkę, że z powodu powalonych drzew na tory muszę radzić sobie sam – do odwołania!

Do Kochel am See dotarłem około 14.30. Cała podróż zajęła mi prawie 3 godziny. Początkowo planowałem udać się do pobliskiego Walschensee, ale wiosenne powietrze, śpiew ptaków i otoczenie pokrytych śniegiem Alp sprawiło, że nie chciałem wydłużać podróży o kolejne minuty spędzone w autobusie, a wolałem dłużej posiedzieć na jeziorem.

Kochel am See

Z dworca dojść można do brzegu na dwa sposoby. Oba nie należą do wybitnie krótkich, więc trzeba liczyć się ze spacerem około 20-30 minut. Trzeba po prostu obejść wzgórze zasłaniające jezioro. Można to zrobić idąc w lewo lub w prawo, by ostatecznie trafić w to samo miejsce. Ja kierowałem się od początku na lewo, bo szukałem dogodnego miejsca na zachód słońca.

Cisza przepełniała to miejsce. Z wolna spacerujący, jakby zagubieni w czasie ni to turyści, ni miejscowi. Może tacy sami jak ja – zmęczeni miastem ludzie, szukający oddechu. Spacerowałem ile tylko mogłem dookoła jeziora, aż wybrałem miejsce idealne na długie oczekiwanie z dobrym kadrem na zachód słońca. Siedziałem na pomoście otaczającym domek na wodzie. Słońce tak przyjemnie rozgrzało deski, że w pewnym momencie leżałem gapiąc się zachłannie w niebo i czułem jakby był to lipiec, czy sierpień.

Leniwie około 18.00 ustawiłem kadr i dalej czekałem, aż nad tym miejscem zapanuje „złota godzina”. Długo gimnastykowałem się, żeby wszystko idealnie zgrać – kompozycje, światło i usunąć z kadru jak najwięcej „badziewia” – płotów, drutów itd. Czekałem tak w milczeniu, aż do momentu kiedy rozpocząłem długą rozmowę z zainteresowanymi moim kadrem Niemcami. Sam się zdziwiłem, że tyle mogę już powiedzieć, a jestem przecież tu od 8 miesięcy. Nigdy nie odmawiam sobie takiej przyjemności poznania kogoś nowego, jakiś nowych historii, nowego ludzkiego głosu. Dzięki temu towarzystwu czas minął w oka mgnieniu. Kiedy odeszli zrobiłem wyczekane długo zdjęcie, zabrałem się sprzęt i wróciłem na dworzec. Tu niespodzianka, bo przegapiłem fakt, że od 19.45 do 21.20 autobusy nie kursują, więc miałem przymusową przerwę. Siadłem w pobliskim barze i zatopiłem się w myślach.

Powrót do Monachium można porównać do pobudki po śnie zimowym. Wracam z Alp z wolno bijącym sercem, lekkim oddechem, a już kilka minut w mieście i krew krąży szybciej, oddech nierówny i otaczające ze wszystkich stron odgłosy i głosy. Było już po północy kiedy wróciłem do domu. Mała bawarska wioska już spała. Piękny to był dzień!

Kochel am See

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *