Plansee – ukryty raj

Święte Pole – Ukraina
Marzec 2, 2015
Moje Rysy
Listopad 29, 2015

Wiele lat temu w ogromnych strugach deszczu przebiegłem z samochodu do knajpy na brzegu pewnego jeziora. Był początek lipca, a ja próbowałem trafić do Austrii. Nawigacja uparcie prowadziła mnie wąską, zaznaczoną na mapie na biało drogą w kierunku miejscowości Reutte. W ten właśnie sposób pierwszy raz trafiłem w to miejsce. Te krajobrazy oglądane przez zalane deszczem szyby wróciły do mnie w Norwegii, gdzie wijące się wzdłuż brzegów fiordów drogi to nic nadzwyczajnego.

Po 8 latach odszukałem na mapie to miejsce, ten przydrożny bar i to górskie jezioro szczelnie otulone szczytami dookoła. Wybrałem na ponowne odwiedziny jeden z najspokojniejszych dni w roku – dzień Bożego Narodzenia. Autostrada w kierunku Garmisch z Monachium była nieprzyjemnie pusta. Przepiękna pogoda nie wyciągnęła tego ranka zbyt wiele osób w góry. Skręcając z głównej drogi w kierunku zamku Linderhof szybko zorientowałem się, że pierwszy tego dnia zostawiam ślad na pokrytej szronem drodze. Bawaria spała, mimo że na zegarze była już prawie 10.00. Minąłem Zamek i dalej powoli, po śliskiej jak brzuch ryby drodze jechałem w kierunku Austrii. Nie pocieszył mnie znak na granicy, który obwieszczał, że po tyrolskiej stronie droga zimą nie jest odśnieżana. Spokojnie, powoli, bez zbędnego hamowania udało mi się zjechać po centymetrowym lodzie w dół i moim oczom ukazał się widok sprzed lat. Ogromne lustro jeziora podwajało potęgę gór. Wysiadłem z auta. Już wcześniej widziałem, że na zewnątrz panuje przyjemny mrozik. Po kilku chwilach uderzenie migawki przerwało świąteczną ciszę nad Plansee. Bez pośpiechu, długo wpatrując się w dal fotografowałem. Przejechałem kawałek dalej i moim oczom ukazał się pejzaż rodem z Norwegii, ale w dodatku przywołał wszystkie znane mi obrazy z książek o kanadyjskiej dziczy. Rozmarzyłem się. Długo czekałem, aż delikatne podmuchy wiatru ulecą w kierunku górskich grani i zostawią wodę niewzruszoną. Jedna góra to za mało! Czekałem, aż woda podwoi radość. Grudniowy chłód bijący od nieogrzewanych słońcem o tej porze roku skał dodawał świeżości i tak przejrzystemu jak kryształ powietrzu. Zapach gór, zapach ziemi. Ktoś w tym miejscu w którym się zatrzymałem postawił ławkę. Miał rację, bo człowiek w takim miejscu chce po prostu być. Patrzeć przed siebie i cieszyć się jak najdłużej tym ukrytym rajem…

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *