Siano w Szypowcach

Dolomity w kwietniu
Kwiecień 29, 2017
Po sezonie w Międzyzdrojach
Maj 6, 2017
siano
Wyobraźcie sobie gorący dzień. Nie tak zwyczajnie gorący, tylko tak wyjątkowo – jest duszno, parno, słońce schowane za cienką warstwą chmur. Generalnie świat oglądany zza szyby omijającej dziury Łady Kaliny wydaje się na wszelkie sposoby wołać o swoim cierpieniu. Nic nie zapowiada jakiegoś przyspieszenia akcji. Minuty płyną jak godziny. Z każdą chwilą robi się coraz bardziej gorąco. Za gorąco. Przedzieram się przez jakieś zarośla. Stoję na skraju skarpy, patrzę w dal. Kilka zdjęć i jestem gotowy uciekać ze słońca, choć mam wrażenie, że w samochodzie jest jeszcze cieplej. Ruszamy z Tolikiem leniwie w kierunku Szypowców. Patrzę bez życia przez szybę i nagle…
…nagle widzę kobietę biegającą i skaczącą po polu. Oczy zrobiłem jak rozpędzony koń przed bagnem, Tolikowi kazałem się zatrzymać i patrzymy. Kobieta biega i skacze, ale jakby tylko po jakiejś trampolinie. Wysiadam. Patrzę, a ona w najlepsze biega po sianie wrzucanym przez męża na wóz, a wszystko obserwują dwa spokojne konie w zaprzęgu. Początkowo pomyślałem, że to jakaś fatamorgana, ale Tolik też to widzi!
Jest! Spełnia się! Moje marzenie!
siano
W tym miejscu mała retrospekcja – marzyłem o takim zdjęciu. W domu na półce stoi album Wiktora Wołkowa – SIANO. Na okładce wóz z sianem, u góry ludzie i cała akcja dzieje się na polnej drodze. Marzyłem, szukałem, jeździłem i nic. Kilka lat. Podlasie, Roztocze, Beskid Niski – nic.
siano
1000 km od domu, na końcu świata, w przeraźliwie gorącym dniu zdarza się cud – spełnia się moje marzenie!
…ale. Bo zawsze musi być jakieś ALE. Biegnę do nich, Tolik szybko gasi papierosa i biegnie za mną, żebym przypadkiem nie został nabity na widły. Z daleka już wołam „DZIEŃ DOBRY”. Przesuwam włącznik w aparacie i co? Baterie są, obiektyw jest, ALE zostało mi tylko 10 zdjęć na karcie. Do samochodu 200 metrów pod górkę – kilka lat czekania i 10 zdjęć. Zaciskam zęby…
Podchodzę bliżej. Witam się z pachnącym sianem jegomościem, kiwam przyjaźnie do żony i proszę, żeby pozwolili fotografować. Tolik coś dopowiada po ukraińsku i mam pełną zgodę… i 10 zdjęć.
Wiecie jak smakują takie zdjęcia? Takie wyczekane?

Ilość ich ograniczona, ale z perspektywy czasu widzę, że dobrze się stało. Udało się uwiecznić to co najważniejsze, ceniąc każde zdjęcie. Dźwięk migawki wykluczał pomyłkę, bo czas też już się kończył, bo siana już nie było. Pytam jednak gdzie jadą i wychodzi na to, że ich wyprzedzimy i wjadą nam idealnie w kadr! No to biegiem! Lecimy z Tolikiem pod górę!

Szybko zmieniam kartę i w drogę, wyścig z czasem, co na drodze dziurawej jak szwajcarski ser nie jest wcale proste. Zjeżdżamy szybko w pole i już w oddali ich widzę!

Jadą jak w moim marzeniu! W tle pasterz pasie krowy, pola droga ciągnie się w nieskończoność! Jadą prosto na mnie! Ręce drżały mi z przejęcia! Coś niesamowitego. Jadą i to ze słońcem! Z daleka już usłyszałem ich radosne powitanie i śmiech – co tego wariata tak wzięło? Wóz, siano, konie – ot nic specjalnego – dla nich codzienność.

Przejechali. Odprowadziłem ich wzrokiem do samej wsi. Serce waliło mi jak szalone. Jak ja się tam cieszyłem! Zapomniałem już o tropikalnym upale, nudzie i zniechęceniu! Tak spełniło się właśnie jedno z moim fotograficznych marzeń. Było to niemalże święto. Pojechaliśmy z Tolikiem do Lisowców, bo mieliśmy sporo czasu. Weszliśmy do sklepu i zaszalałem – postawiłem po litrze Coli i Fanty (nie pamiętam ceny, ale była ze 3 razy większa od „ukraińskiej wody o smaku płynu do spryskiwacza”) – tak zimnej, że musiały stać 15 minut na słońcu, bo nie dało się pić. Patrzyłem na świat z mostu zwodzonego nad rzeką. Cieszyłem się jak dziecko. Siedzieliśmy z Tolikiem pod drzewami w cieniu. Nieopodal nas kręciło się stado gęsi. Dookoła cisza i szum wody. Cola była niczym szampan. Do końca życia nie zapomnę tych chwil!


Wróciło do mnie jeszcze jedno wspomnienie z tego dnia. Możliwe, że chciałem je „wyprzeć” albo po prostu kac jaki mnie spotkał po tej historii był na tyle duży, że kiedy zapisywałem w pamiętniku co się tego dnia wydarzyło, z bólem głowy i suchością w gardle pominąłem co stało się chwilę po tym jak wóz przejechał…
…a było to tak. Kiedy wóz z sianem zniknął nam z oczu, zza wzgórza wyłonił się tego oto jegomość. Jakże miły Pan zaciekawiony całą sytuacją. Nie mogłem mu przepuścić i zabrałem się za portretowanie. Na tym zdjęciu widać, że coś ukrywa… Była to zwykła flaszka z bimbrem i jak już zrobiłem mu kilka zdjęć, to nie mogłem odmówić i musiałem się z nim napić. Tolik coraz bardziej się uśmiechał, jakby przewidywał koniec… Pierwsza „szklanka” weszła leniwie. Wiecie jak smakuje ciepły bimber na polu w takim upale? Żywo oddaję szklankę, a tu następna kolejka – za Polskę… a potem trzecia za Ukrainę… Także wpadły we mnie 3 szklanki bimbru, nie wiadomo ile procentowego 😉
…jak już wspomniałem i teraz przypominam sobie dokładnie dlaczego, pojechaliśmy do pobliskiego sklepu gdzie kupiliśmy lodowato zimą Colę i Fantę. Myślę, że leżały kawał czasu w tej lodówce (cudem nie zamarzły), bo ich cena była zbyt zachodnia. Trzy szklaneczki bimbru drążyły kamień. Zimna Cola wspomogła procesy chemiczne. Wracając odwiedziliśmy jeszcze znajomych Tolika. W starych murach domu nareszcie zrobiło się chłodno. Na stole wylądowała kiełbasa i… bimberek. Znowu trzy szklaneczki…
…i pamiętam jeszcze drugą, bo trzecia już stała się niewyraźna 😉 Byłem podobno niezwykle wesoły, choć nie pamiętam jak wróciliśmy do Czortkowa. Znalazłem kilka ciekawie rozmazanych zdjęć, więc widać, że podjąłem jeszcze jakieś twórcze próby 😉
Piszę to ku przestrodze – pamiętaj, że gdy napotkany na polu pasterz zaproponuje bimberek, to spójrz najpierw jakiej wielkości ma szklanki i przemyśl czy dasz radę wrócić do samochodu 😉
Ot, wygadałem się z mojej „pijackiej” przeszłości 😉

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *