Wiosna na Podlasiu

Karwendel
Listopad 29, 2017
Lwów pachnie deszczem
Listopad 29, 2017

wiosna na podlasiu

wiosna na podlasiu

Zatrzymałem się na skrzyżowaniu, spojrzałem przed siebie i dodałem mocniej gazu – uciekłem z Podlasia. Zobaczyłem o 5.00 idące dwie kobiety z kijkami do „nordic walking” po drodze od strony Wizny i musiałem uciec. W lusterkach widziałem jeszcze zarys wschodzącego słońca, ale nie było już dla mnie miejsca na Podlasiu, zrobiło się majówkowo i za ciasno jak dla mnie…

Pośród kwiatów

Na rozlewiskach Biebrzy i Narwi trwało właśnie apogeum rozkwitu knieci błotnej, czyli potocznie zwanych kaczeńców. Od lat chciałem sfotografować je w wodzie. Prognozy były zadowalające, chociaż dziwnie wyglądało +28 st.C na koniec kwietnia, ale postanowiłem poświęcić kilka dni temu tematowi. Problem w tym, że znajdowałem się w Poznaniu. Na mapie droga nie wyglądała wcale źle – 500 km (z Częstochowy mam 400km), więc stwierdziłem, że jak ruszę po wschodzie przy rogalińskich dębach, to zachód słońca sfotografuję już na Podlasiu.

Ruskie pierogi

Zamówiłem ruskie pierogi i to był pierwszy przystanek na mojej trasie – 30 km od Zambrowa. Wyglądałem dość egzotycznie w tej knajpie dla kierowców tirów, którzy zamawiali kapuśniak, golonkę, schabowego i żurek. Ja wykończony drogą zajadałem pierogi. Tylko pierogi.

Droga jednak okazała się TRAGICZNA. Póki jechałem autostradą A2, to mogłem cieszyć się szeroką, wspaniałą drogą, na której nie ma samochodów. To niestety po 140 km się skończyło i zjechałem na drogi (dużo powiedziane d r o g i ) lokalne, które często przypominały mi te, którymi jeździłem na Ukrainie. Chciałem ominąć Warszawę, więc jechałem przez Płock. Tematu koniec, bo chcę jak najszybciej o tym zapomnieć i podziwiam każdego poznaniaka, który jedzie na Podlasie. Podziwiam naprawdę.

Wiosna na Podlasiu

Za Zambrowem opuściłem zatłoczoną trasę na Białystok i coraz bardziej zbliżałem się do serca Podlasia. Ruch ustał. Dziury na drodze takie same jak w zeszłym roku. Znudzeni ludzie pod sklepem, młodziaki na przystanku, dzieci siedzące na krawężniku – ot, typowy krajobraz oglądany z prędkością 30 km/h, bo to zapewnia możliwość nagłego zatrzymania gdyby np. z podwórka wybiegł koń, albo traktor cofał bez oglądania się na boki. Tym sposobem dojechałem, aż do samej Wizny. Sfotografowałem kaczeńce i udałem się na Górę Strękową, na zachód słońca.

20 litrów mleka

Do Brzostowa zajechałem już w półmroku. Wcześniej telefonowałem czy można rozbić namiot, więc Pan Konopka już na mnie czekał. Gadaliśmy jak zwykle w oborze, przy krowach – z dumą chwalił się, że ma teraz 12 sztuk, tylko, że polskich, a one dają tylko 10 litrów mleka. Holenderki to 20 litrów naraz dać mogą!

Było tak ciemno, że ledwo go widziałem, ale jak zwykle sporo rozmawialiśmy o rolnictwie i Biebrzy. Chciałem go namówić, żeby mnie zabrał łódką na kaczeńce pod las, ale bał się kontroli z Parku. Zapłaciłem za nocleg i miał mi wydać 5 zł i ku mojemu zdziwieniu wyciągnął z kieszeni ogromną, brudna ręką, całą garść monet – było tam pewnie z 50 zł. Zadziwiony patrzyłem jak w takich drelichowych spodniach o nosi taki ciężar i że nie boi się, ze pogubi. Wydał mi resztę (nocleg kosztuje 10 zł + 5 zł za wyjazd autem) i podał ogromną, spracowaną rękę, wielkości małego bochenka chleba.

 Biebrzańska muzyka

Zjadłem szybko kolację już w zupełnych ciemnościach. Miałem nawet ochotę posłuchać listy w Trójce, ale miałem tego wieczoru lepszą muzykę – namiot rozbiłem 10 metrów od rzeki, która wiosna jest wielkim rozlewiskiem i siedliskiem tysięcy ptaków i milionów żab. Położyłem się na drewnianej ławie. Na niebie świeciła gwiazd niezliczona ilość, otaczała mnie przyjemna po upalnym dniu wilgoć, a w uszach brzmiał koncert natury. Zamknąłem oczy i nie słyszałem nic innego jak tylko te żaby i ptaki. Coś niesamowitego. To ostatni moment, żeby tak poleżeć, bo nie ma komarów. Byłem zupełnie sam. Brzostowo dawno już poszło spać, wszystkie światła w oknach pogaszone, ale ja patrzyłem na spadające gwiazdy słuchałem co natura ma w najlepszej liście przebojów na pierwszym miejscu.

wiosna na podlasiu

Kawa u bociana

Uwielbiam Podlasie właśnie za to, że wszystko na nim jest takie proste. Śpię w namiocie, jem w lesie, piję kawę siedząc na piasku. Rozmawiam z ludźmi, którzy się nie spieszą, mają czas i mają wiele do powiedzenia. Czasem mam wrażenie, że oni więcej zastanawiają się nad życiem, nad światem w zaciszu swoich gospodarstw niż wielcy tego świata w swoich apartamentach martwiący się jedynie o kurs euro i cenę paliwa. Ludzie, których znam od lat również przyjmują mnie zawsze z otwartymi ramionami i nawet gdy znajduję się gronie ich najbliższej rodziny, to nie czuję się jak ktoś obcy. To jest zupełnie inna mentalność. Jeździłem całkiem spokojnie, bo poza zdjęciami, chciałem również odpocząć po intensywnym kwietniu. Czytałem w zaciszu książkę Hugo Badera i nie spieszyłem się nigdzie. Noce były strasznie duszne. W namiocie robiło się o 5.00 tak gorąco, że automatycznie musiałem wstawać.

wiosna na podlasiu

Spotkałem komunistę

Wielokrotnie mam wrażenie, że sporo starszych osób, które spotykam na Podlasiu i z którymi rozmawiam nie było nigdy dalej niż Białymstoku, a i tak mam wątpliwości czy Siemiatycze to nie jest dla nich największa metropolia. Czas dla nich jakby się w miejscu zatrzymał, bo żyją przecież w tym samym miejscu do 50 czy 60 lat.

– Przepraszam, gdzie jest tu Rezerwat Wydma Mołożewska? – krzyczę na pół wsi, bo facet rąbie drzewo
– Jest… – odpowiada zdecydowanie
– Gdzie ? – pytam lekko podkurzony
– Tam – odpowiada, ale cały czas patrzy prosto na mnie

I tak cud, że ze mną rozmawia, bo na poprzednim podwórku facet uciekł do szopy jak mnie zobaczył. Stałem z 5 minut czekając, aż wyjdzie, ale się nie pojawił. Na mapie nad Bugiem znalazłem napis „Rezerwat Wydma Mołożewska”, więc chciałem to miejsce zbadać pod kątem letniego czy jesiennego pleneru. Przejechałem wioskę wzdłuż i w szerz, Bugu nawet nie zobaczyłem, ale nie dawałem za wygraną.

Zgoda Komitetu

– To jak mam tam jechać? – pytam nie odpuszczając
– Panie, ale to Państwowe jest tam nie wolno bez zgody Komitetu – mówi zmartwiony
– Ja na nogach pójdę, nie samochodem – uspokajam
– Aaaa, Panie tera to każdy wjeżdża tam jak do siebie, wędkarze, turyści, kajakarze, a to przecie Państwowe jest i nie wolno – żali się całkiem szczerze
– To chyba w gminie zgodę a nie w Komitecie – próbuje wyjaśnić
– Panie, oni tera biorą piniądze z Komitetu, dopłaty – zaczyna politykować
– To chyba z Unii dopłaty, dla rolników – stwierdzam
– A czym to się Panie różni? Ja tyle lat żyję (wygląda na 80 co najmniej) i żadnej zmiany nie widzę – dziadek drzewo rąbał, ojciec drzewo nosił i ja drzewem w piecu palę. Dawniej z pegieeru się traktor brało, a teraz Komitet z Zachodu pieniądze przysyła i chłop sam ciągnik kupuje – rozjaśnia mi politykę rolną
– Panie, ale komuna, to już w 1989 roku padła – chcę wybić mu z głowy Komitety

Wyznanie komunisty

– Dla mnie Panie to nie ma nic lepszego niż komuna była. Nie wiele miałem, ale nie wiedziałem, że inni mają lepiej. Nie porównywałem się do innych. Żyłem jak trzeba było. Dzieci na naukę posłałem. Sam w polu robiłem. Wszyscy po równo nic nie mieli, a teraaaaa co? Jeden limuzyyynnnną po wsi jeździ, a drugi mleko w Drohiczynie w butelkach sprzedaje i jeszcze go gonią, że to bez pozwoleń i zaświadczeń, że nie wolno. My tak, żyli i źle nam nie było. Prąd nam po wojnie założyli i jakoś to było. Nie to co tera w telewizorze głupoty gadają – słyszeli my tylko to co władza chciała i głupoty po chałupach się nie siało. A tera co? Kłócą się, afery, szachrajstwa!! Tera nie jest lepij!!
– To Pan jest z przekonania Komunista – podsumowuję, chociaż chłop trzyma w rękach siekierę
– Tak Panie miastowy i do śmierci pozostanę demokracja rozczarowany, bo mówili nam o cudach na kiju, a gówno z tego jest i ja żem wolał jak Partia była, bo człowiek spokojniej żył. Nic nie było, to człowiek miał marzenia, że coś kiedyś do sklepu przywiozą. Tera do sklepu czasem pojadziem i stajem przed pełnymi półami, a na nic nie stać mnie! I co mam mieć za marzenia? O ryncie? O emeryturze? – podsumowuje demokrację

Ostatecznie nie powiedział mi jak tam dojadę, bo ciągle powtarzał „tam” i jak się odwróciłem to zobaczyłem jedną drogę, którą nie jechałem i rzeczywiście tamtędy trafiłem nad Bug i do Rezerwatu (tylko z nazwy). Nie w głowie jednak były mi uroki nadbużańskie, a raczej myślałem o tym, co usłyszałem od pierwszego w życiu prawdziwego Komunisty z przekonania.

Powroty

Tak się ostatnio składa, że z Podlasia wracam przez Lublin. Jest to tylko 100 km dalej niż przez Warszawę, a omijam za to korek do Piotrkowa Trybunalskiego, w którym z pewnością straciłbym więcej paliwa. Ta opcja powrotu pozwala na spokojne przejście z podlaskiego stanu duszy, na ten bardziej miejski, światowy. Jedyne większe miasto na mojej drodze to Lublin, który mijam dosyć szybko i dalej znowu, powoli pokonuję kolejne kilometry jadąc w stronę mojego codziennego świata.To takie miękkie lądowanie. Nie przeżywam, aż tak wielkiego szoku. Oswajam się powoli z myślą, że znowu będę spał w łóżku z głową na poduszce, że będę miał lodówkę i prysznic, ale to co najgorsze, to ta świadomość, że znowu wtopię się w tłum, będę częścią bezimiennej masy z Galerii Jurajskiej, stojącej w kolejce do kasy w delikatesach ALMA, gdzie wszystko jest takie markowe, światowe, gdzie płaci się kartą, gdzie nikt z nikim słowa nie zamieni i każdy obraca wzrok w swoją stronę. Mijam setki osób i z nikim nie rozmawiam. Ludzie boją się tu siebie nawzajem. Każdy chce żyć jedynie w świecie swoich problemów, tak jakby bał się, że ktoś mu ich dołoży.

Magia Podlasia

Obrazek na koniec tej opowieści pochodzi sprzed kościoła. Była 7.45 gdy przyjechałem pod kościół, a przed nim w grupach stali ludzie – mężczyźni razem, kobiety obok, a dalej dzieci kopały kamienie. Wszyscy rozmawiali, śmiali się. Zobaczyłem nagle, że pod kościół podjeżdża traktor, a środku chłop i kobitka – on w garniturze, ona w niedzielnej bluzce i spódnicy. Ściśnięci w małej kabinie w dumą zaparkowali przy polonezach i amerykańskich fordach. Wysiedli, zamknęli drzwi i dołączyli do odpowiednich grup – na nikim poza mną nie zrobiło to wrażenia – chłop w garniturze jedzie do kościoła traktorem. Pomyślałem wtedy, że moja dusza jest jeszcze całkiem miastowa i stałem w drzwiach kościoła, żeby nie burzyć im tego ich cudownego świata w którym żyją, bo my zjawiamy się u nich i jak konkwistadorzy siejemy zamęt i chcemy wykurzyć z nich „ciemnotę” i zacofanie, a ja spojrzałem na twarze tych ludzi i zobaczyłem, że oni wszyscy się znają i wszyscy są szczęśliwi. Nie ważne czy do kościoła przyjeżdżasz traktorem, czy założyłeś kurtkę kreszową z napisem adidas do spodni z kantem – ważne jest to, że podchodzisz do ludzi i masz z nimi o czym rozmawiać. Ot, cała magia Podlasia.

Wiosna na Podlasiu, kwiecień 2012 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *